Anna przesunęła raport bliżej mnie.
— To, co widzisz, obejmuje tylko ostatnie osiem miesięcy — powiedziała. — Audytorzy sprawdzają teraz wcześniejsze lata.
Krystyna patrzyła na dokument, jakby sam papier mógł ją oskarżyć.
— Nie wiem, o czym ona mówi.
— Naprawdę? — zapytałam.
— Henryk prowadzi własną firmę. Jeśli Marek korzystał z jego usług, to normalne.
Anna wyjęła kolejną kartkę.
— Firma pani brata została zarejestrowana jedenaście miesięcy temu. Nie ma pracowników, biura ani udokumentowanych klientów poza Vance Development.
Krystyna otworzyła usta, ale tym razem nic nie powiedziała.
Natalia odsunęła się od Marka jeszcze bardziej.
Nagle przestała wyglądać jak jego partnerka. Wyglądała jak ktoś, kto właśnie zastanawia się, jak szybko może uratować samą siebie.
— Marek powiedział mi, że te faktury są legalne — rzuciła.
Marek spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Nie próbuj teraz udawać niewinnej.
— Ja nie podpisywałam przelewów.
— Ale wiedziałaś o wszystkim!
— Wiedziałam o sprzedaży nieruchomości. Nie o wyprowadzaniu pieniędzy.
Słuchałam ich i czułam coś dziwnego.
Jeszcze godzinę wcześniej myślałam, że największą zdradą będzie zobaczenie męża z inną kobietą.
Teraz romans wydawał się niemal najmniejszym problemem.
— Anno, ile? — zapytałam.
— Ile czego?
— Ile naprawdę brakuje?
Zawahała się.
To mnie przestraszyło bardziej niż jakakolwiek liczba.
— Na razie potwierdziliśmy dwa miliony sto osiemdziesiąt tysięcy złotych. Ale znaleźliśmy jeszcze siedem podmiotów powiązanych z tym samym schematem.
— Jak długo?
— Prawdopodobnie ponad trzy lata.
Zamknęłam oczy.
Trzy lata.
Przypomniałam sobie wszystkie wieczory, kiedy Marek wracał późno i mówił, że pracuje dla naszej przyszłości. Wszystkie weekendy, kiedy zostawał w biurze, a ja dziękowałam mu za poświęcenie.
W tym samym czasie ja byłam w domu.
Potem zaszłam w ciążę.
A on przygotowywał sposób, żeby odebrać mi firmę.
— Chcę pełnego audytu — powiedziałam.
— Już trwa.
— Wszystkie rachunki. Wszystkie umowy podpisane przez Marka. Każda firma powiązana z jego rodziną.
Anna skinęła głową.
— Tego się spodziewałam.
Marek roześmiał się nerwowo.
— Nie możesz podejmować takich decyzji w swoim stanie.
Spojrzałam na niego.
— W jakim stanie?
— Jesteś po operacji. Bierzesz leki. Nie możesz nawet chodzić.
Anna odpowiedziała za mnie.
— Brak możliwości chodzenia nie oznacza braku zdolności do podejmowania decyzji.
— Lekarz może powiedzieć coś innego.
— Lekarz już to ocenił.
Marek zamarł.
Anna wyjęła kolejny dokument.
— Genowefa przeszła dziś po południu ocenę neurologiczną i poznawczą. Jest w pełni świadoma, zorientowana i zdolna do podejmowania decyzji dotyczących swojego leczenia, majątku oraz działalności gospodarczej.
Przez chwilę nikt się nie odezwał.
Plan Marka właśnie stracił ostatnią podporę.
Wtedy Krystyna zrobiła coś niespodziewanego.
Usiadła na krześle.
Cała jej wcześniejsza pewność siebie zniknęła.
— Marek — powiedziała cicho. — Powiedz mi prawdę. Zamierzałeś wyjechać z nią?
Natalia przewróciła oczami.
— Teraz naprawdę będziemy o tym rozmawiać?
Krystyna jej nie słuchała.
Patrzyła tylko na syna.
— Obiecałeś, że kiedy firma będzie twoja, kupisz mi mieszkanie w Warszawie. Powiedziałeś, że będziemy rodziną.
Marek zacisnął szczękę.
— Mamo, nie teraz.
— Odpowiedz.
Milczenie było odpowiedzią.
Krystyna spojrzała na Natalię, potem na mnie.
Po raz pierwszy zobaczyłam na jej twarzy nie złość, lecz strach.
— On powiedział mi, że Genowefa sama chce się wycofać — wyszeptała. — Że po porodzie zamierza przekazać mu firmę.
Nie odpowiedziałam.
Jeszcze kilka minut wcześniej może poczułabym satysfakcję, widząc jej przerażenie.
Ale wciąż piekł mnie policzek.
A obok mojego łóżka leżała córka, która obudziła się z płaczem przez jej uderzenie.
— I dlatego mnie uderzyłaś?
Krystyna spuściła wzrok.
— Straciłam panowanie nad sobą.
— Nie. Myślałaś, że możesz to zrobić bez konsekwencji.
Podniosła oczy.
— Genowefa…
— Powiedziałaś: „Kto uwierzy sparaliżowanej kobiecie?”. Pamiętasz?
Nie odpowiedziała.
— Ja pamiętam.
Anna położyła dłoń na moim ramieniu.
— Ochrona powinna ich teraz wyprowadzić.
Skinęłam głową.
Marek natychmiast ruszył w stronę łóżka.
— Genowefa, zaczekaj. Mamy dziecko.
Te słowa zabolały mnie bardziej, niż się spodziewałam.
Spojrzałam na Hanię.
— Właśnie dlatego nie będę czekać.
— Możemy to naprawić.
— Co dokładnie? Romans? Próbę przejęcia firmy? Pieniądze? Czy fakt, że patrzyłeś, jak twoja matka mnie uderza?
— Popełniłem błędy.
— Błąd to zapomnieć o rocznicy. Ty stworzyłeś plan.
Ochroniarz podszedł do Marka.
Natalia wyszła pierwsza.
Nie spojrzała na niego ani razu.
Krystyna zatrzymała się przy drzwiach.
Przez moment wydawało się, że chce coś powiedzieć.
Potem spojrzała na wnuczkę.
— Mogę chociaż…
— Nie.
Jedno słowo.
Nic więcej.
Krystyna opuściła głowę i wyszła.
Marek został ostatni.
Stał w drzwiach i patrzył na mnie tak, jakby wciąż próbował znaleźć odpowiednią kombinację słów, która przywróciłaby mu kontrolę.
— Jestem jej ojcem — powiedział, wskazując na Hanię.
— Tak. I właśnie dlatego od tej chwili wszystko będzie odbywało się zgodnie z prawem i z myślą o jej bezpieczeństwie.
Drzwi zamknęły się za nim.
Po raz pierwszy od wielu godzin w sali zrobiło się cicho.
Anna usiadła obok mnie.
Wtedy dopiero zaczęłam płakać.
Nie z powodu firmy.
Nie z powodu pieniędzy.
Nawet nie z powodu zdrady.
Płakałam nad jedenastoma latami życia z człowiekiem, którego najwyraźniej nigdy naprawdę nie znałam.
Pielęgniarka pomogła mi wziąć Hanię na ręce.
Przytuliłam ją do piersi.
— Wszystko będzie dobrze — wyszeptałam.
Nie wiedziałam jeszcze, czy mówię to do niej, czy do siebie.
Anna pozwoliła mi przez chwilę milczeć.
Potem jej telefon zawibrował.
Spojrzała na ekran.
Jej twarz natychmiast spoważniała.
— Co się stało? — zapytałam.
— Audytor znalazł coś.
— Kolejne przelewy?
— Nie.
Odwróciła telefon w moją stronę.
Na ekranie widniała kopia dokumentu podpisanego przez Marka.
Była tam data sprzed czterech miesięcy.
Nazwa jednej z naszych najcenniejszych nieruchomości.
I umowa przedwstępna sprzedaży.
— Przecież Marek nie mógł jej sprzedać bez mojego podpisu.
— Nie mógł.
Przesunęłam wzrok niżej.
Zobaczyłam podpis.
Mój podpis.
Tylko że ja nigdy nie widziałam tego dokumentu.
— To nie jest mój podpis.
— Wiem.
— Więc ktoś go podrobił.
Anna milczała.
Na samym dole dokumentu znajdowało się nazwisko świadka.
Przeczytałam je dwa razy.
Nie należało do Marka.
Nie należało do Natalii.
Nie należało nawet do Krystyny.
Należało do osoby, której ufałam niemal tak bardzo jak własnemu ojcu.
Piotra Nowickiego, naszego wieloletniego dyrektora finansowego.
Poczułam, jak robi mi się zimno.
Bo Piotr pracował w naszej firmie od osiemnastu lat.
To on trzymał mojego ojca za rękę w szpitalu w ostatnią noc jego życia.
A jeśli ten dokument był prawdziwy, oznaczało to jedno:
Marek nigdy nie działał sam.
I ktoś znajdujący się znacznie bliżej mnie, niż podejrzewałam, od lat pomagał mu przygotowywać przejęcie całego mojego imperium.






